Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

REKLAMA

Sacramento Kings 2016/17 – czy Cousins i ekipa znormalnieją?

NBA | 26.08.2016 09:36

Sposób zarządzania klubem z Sacramento woła o pomstę do nieba. Przez 6 lat od wybrania w drafcie DeMarcusa Cousinsa, a w sumie już 10, Kings nie zdołali zakwalifikować się do play-off. A czas ucieka nieubłaganie i zaraz mogą stracić swoją gwiazdę. Czy nowy trener ugasi pożar?

Najważniejsza zmiana:
Zatrudnienie w roli głównego trenera Dave’a Joergera. Mówi się, że pozyskanie tego cenionego szkoleniowca zatrzyma wreszcie szaloną karuzelę trenerską w Sacramento. Warto bowiem zaznaczyć, że na przestrzeni sześciu ostatnich sezonów Kings prowadziło pięciu różnych trenerów. Powody rozstań z kolejnymi były różne, choć głównie związane z brakiem porozumienia z Cousinsem. A kiedy w końcu takowe ich gwiazdor znalazł z Mikem Malonem, ten nie spodobał się z kolei właścicielowi klubu – Vivkowi Ranadive.

Joerger przez trzy kolejne lata, w tym w ostatniej kampanii okupionej licznymi kontuzjami, prowadził do fazy play-off Memphis Grizzlies. Tu zadanie będzie miał trudniejsze, bo sytuacja kadrowa w drużynie jest, delikatnie mówiąc, lekko zagmatwana. Tak czy inaczej Kings mieli sporo szczęścia, że udało im się podpisać z nim kontrakt. Po raz pierwszy od dawna wykazali się cierpliwością, podczas gdy inne kluby spieszyły się, aby zgarnąć najlepsze dostępne na rynku nazwiska. Opłaciło się. Grizzlies niespodziewanie podziękowali Joergerowi, a Vlade Divac przytomnie nie wypuścił już tej okazji z rąk.

Jego będziemy oglądać:
DeMarcus Cousins
– temat odejścia środkowego z drużyny, która w 2010 roku wybrała go w drafcie, wałkowany jest już od dawna i przy wielu okazjach. Kings z pewnością chcieliby takiego scenariusza uniknąć, ale muszą brać go pod uwagę. Na przekonanie go do pozostania w purpurowych barwach mają naprawdę niewiele czasu. Po zakończeniu rozgrywek 2017/18 ich lider stanie się wolnym agentem i wtedy już tylko prawa Birda oraz perspektywa dłuższego o rok kontraktu będzie mogła ich uratować.

26-letni center zniósł w Kalifornii wiele, ale ostatnio coraz dobitniej dawał wyraz swojej frustracji. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że patrząc na ich aktualny skład, trudno odnaleźć sportowe argumenty, które mogłyby w najbliższym czasie przełożyć się na rzeczywisty wynik. Sam trener to za mało. Niewykluczone więc, że w obliczu kolejnych rozczarowań i rosnącej presji działacze Kings ostatecznie jednak zdecydują się na wytransferowanie swojej gwiazdy, aby za dwa lata nie obudzić się z ręką w nocniku.

Nie uwierzycie, ale…
Sytuację Kings idealnie obrazuje ich obecny skład i ruchy, jakie poczynili przy okazji czerwcowego draftu. Podchodzili do niego z prawem do 8. wyboru. Wymienili go jednak na numery 13., 28., prawa do Bogdana Bogdanovicia i drugorundowy pick w 2020 roku. Początkowo można było pomyśleć, że może mają jakiś plan. Ale gdzie tam! Rok po tym, jak wybrali Williego Cauley’a- Steina, teraz dodali do składu kolejnych wysokich - Georgiosa Papagiannisa i Skala Labissierea. W konsekwencji mają w składzie aż pięciu środkowych. Cousinsowi nie pozostało nic innego, jak skwitować to wszystko znamiennym wpisem na Twitterze „Panie, daj mi siłę!”.

I ten problem bogactwa na pozycji DeMarcusa wcale nie musiałby być takim problemem, gdyby nie fakt, że najnormalniej w świecie „Królowie” zapomnieli o uzupełnieniu luki na jedynce, która powstała po odejściu Rajona Rondo i Setha Curry’ego. Jedynym potencjalnym wsparciem dla Darrena Collisona na tej pozycji pozostaje bowiem Garrett Temple. Jest jeszcze wprawdzie wybrany z 59. numerem draftu Isaiah Cousins, ale w dwóch meczach rozegranych w Lidze Letniej w Las Vegas 22-latek nie pokazał niczego szczególnego i raczej wątpliwe, aby Kings wykorzystali na niego ostatnie wolne miejsce w składzie. 

Rumieńców całej sprawie dodaje fakt, że Collison może na początku sezonu stracić kilka meczów. Może nawet więcej niż kilka, wszak wciąż ciążą na nim oskarżenia za rzekomą przemoc domową i jazdę samochodem bez wymaganych uprawnień. A jak wiemy, niezależnie od kar wymierzonych w tego typu sprawach przez amerykański wymiar sprawiedliwości, liga NBA lubi dorzucić od siebie swoje własne sankcje. Podsumowując, Kings jak zwykle nie pozwalają się nudzić.

Odeszli: Rajon Rondo, Seth Curry, Quincy Acy, Duje Dukan, Marco Belinelli
Przyszli: Arron Afflalo (2 lata, 25 mln USD), Garrett Temple (3 lata, 24 mln USD), Matt Barnes (2 lata, 12 mln USD), Anthony Tolliver (2 lata, 16 mln USD), Georgios Papagiannis, Malachi Richardson i Skal Labissiere (13., 22. i 28. numer draftu)
Typ PolskiKosz.pl: 15. miejsce w Konferencji Zachodniej

fot. wikimedia commons

San Antonio Spurs 2016/17 – czy Gasol zdoła zastąpić Duncana?

NBA | 25.08.2016 18:45

Bez Tima Duncana San Antonio Spurs będą wyglądać co najmniej dziwnie, ale nic przecież nie trwa wiecznie. Nie mamy wątpliwości, że Gregg Popovich jakoś sobie z tą sytuacją poradzi i znów poprowadzi swój zespół do walki o najwyższe cele.

Najważniejsza zmiana:
Odejście Tima Duncana i Borisa Diawa. Pierwszy zdecydował się zawiesić buty na kołku. Czuł, że nadeszła już jego pora. Bezwzględnie uświadomił mu to w ostatnim play-off Steven Adams, środkowy Oklahoma City Thunder. Drugi został wytransferowany do Utah Jazz w ramach czyszczenia salary cap na kontrakt Pau Gasola. Hiszpan to niewątpliwe wzmocnienie, ale oprócz niego w rotacji podkoszowej są jeszcze LaMarcus Aldridge i David Lee, a to nie wróży najlepiej obronie ekipy z San Antonio.

Mimo rozstania z dwoma wspomnianymi zawodnikami „Ostrogi” wciąż pozostają jedną z najbardziej doświadczonych drużyn w stawce. Pod względem średniej wieku (27,7) uplasowali się, obok Dallas Mavericks, na czwartym miejscu. Zdeklasować młodszych i jeszcze silniejszych Warriors będzie im w tym roku bardzo trudno. Niemniej trener Popovich i jego armia weteranów z pewnością pozostają jedną z raptem kilku ekip, które rzeczywiście mogą chociaż próbować.

Jego będziemy oglądać:
Patty Mills – ten 28-letni rozgrywający będzie powoli przymierzać buty Tony’ego Parkera. Francuz deklaruje, że chce spędzić w lidze jeszcze przynajmniej pięć sezonów, ale niebawem będzie musiał ustąpić miejsca młodszemu koledze. A ten, napędzony rewelacyjnym występem na igrzyskach olimpijskich, powinien nabrać nieco pewności siebie i od początku rozgrywek stanowczo zgłaszać aspiracje do częstszego wychodzenia na parkiet w pierwszej piątce.

Kawhi Leonard – od najmłodszego zawodnika w wyjściowym składzie zależeć będzie bardzo dużo. Aby awansować z Zachodu do finału NBA, Spurs będą od niego potrzebować jeszcze lepszych występów w ataku. A wobec defensywnych braków graczy podkoszowych, będzie o to trudno, wszak pewnie nieraz przyjdzie mu harować za dwóch w defensywie.

Nie uwierzycie, ale…
Choć tylko jeden z zawodników Spurs zdołał wywalczyć medal na igrzyskach w Rio de Janeiro, to wśród piętnastu najlepszych strzelców turnieju mieli oni aż czterech swoich przedstawicieli. Brązowy krążek z reprezentacją Hiszpanii po niezwykle zaciętym spotkaniu z Australią zgarnął Gasol (średnio 19,5 pkt., 4. wynik na turnieju). Pozostali trzej to Mills (21,3 pkt., drugi strzelec igrzysk), Manu Ginobili (15 pkt., 8. miejsce) i Parker (13,2 pkt., 13. miejsce).

Co ciekawe, mało brakowało, a także Argentyńczyk rozstałby się z klubem z Teksasu. Zanim bowiem podpisał nowy kontrakt ze Spurs (14 mln za sezon 2016/17), mocno zastanawiał się nad przejściem do Philadelphia 76ers. Tak, to nie żart. Rodzina Colangelo proponowała mu dwuletnią umowę wartą 30 milionów dolarów i jeden z najlepszych rezerwowych w historii koszykówki, jak sam przyznał, miał się nad nią poważnie zastanawiać. Ostatecznie jednak zdecydował się zostać w San Antonio i powalczyć o piąty tytuł mistrzowski.

Odeszli: Tim Duncan, Boris Diaw, David West, Boban Marjanović
Przyszli: Pau Gasol (2 lata, 30 mln USD), Dewayne Dedmon (2 lata, 6 mln USD), Davis Bertans (2 lata, 1,5 mln USD), Livio Jean-Charles (4 lata, 6 mln USD), David Lee (2 lata, 3,2 mln USD), Dejounte Murray (29. numer draftu)
Typ PolskiKosz.pl: 3. miejsce w Konferencji Zachodniej

Marcel Ponitka - czas na poważniejsze granie

PLK | 25.08.2016 15:46

W Stelmecie grywał epizody, w Asseco dostanie szansę na to, by pokazać, co potrafi. Marcel Ponitka poszedł do Gdyni trochę śladami starszego brata, choć w zupełnie innych okolicznościach.

19-letni rozgrywający, którzy może grać także jako rzucający, planował wyjazd do USA, zainteresowana była uczelnia Davidson, ale nic z tego nie wyszło. Ostatecznie Ponitka przeniesie się z Zielonej Góry do Gdyni. W Stelmecie rozegrał w minionym sezonie 127 minut w 15 meczach, a więc epizody, po których trudno go oceniać. Na razie wiadomo, że bardzo dobrze spisywał się na poziomie drugiej ligi, gdzie zdobywał średnio po 17,0 punktu na mecz. W mistrzostwach Europy do lat 20 Dywizji B Ponitka miał średnio 6,4 punktu oraz 3,1 asysty.

Asseco wydaje się dobrym miejscem na prawdziwe rozpoczęcie seniorskiej kariery - w Gdyni mają mniej pieniędzy, więc zbudowali całkowicie polski i dość młody skład, do którego Ponitka będzie pasował. Będzie miał okazję treningów z doświadczonym Krzysztofem Szubargą oraz nieźle już otrzaskanym Filipem Matczakiem, a nowy trener Przemysław Frasunkiewicz zapowiada, że będzie dawał szansę młodym zawodnikom.

Marcel Ponitka do Gdyni idzie śladami swojego brata - Mateusza. Ten też miał 19 lat, który przechodził z AZS Politechnika Warszawska do Asseco w trakcie sezonu 2011/12. Starszy Ponitka zaliczał wówczas epizody, ale grał w drużynie, która zdobyła mistrzostwo Polski, a występowali w niej m.in. Jerel Blassingame czy Donatas Motiejunas. Marcel będzie grał w Gdyni w zupełnie innych warunkach - jeśli pojawi się jakaś presja, to raczej uniknięcia spadku niż walki o play-off.

Fot. FIBA.com
 

Życie to nie gra – już 31 sierpnia premiera książki!

NBA | 25.08.2016 15:28

„Zdarzało mu się wysikać na podłogę, potrafił wciągnąć Tawannę za włosy po schodach”. Kent Babb o ekscesach Allena Iversona

Za niespełna tydzień książka Kenta Babba „Iverson. Życie to nie gra” trafi do księgarni w całej Polsce. W biografii koszykarza nie brakuje szokujących fragmentów dotyczących jego alkoholowych ekscesów. Prezentujemy kolejny fragment i przypominamy o konkursie, w którym do wygrania są gadżety związane z „The Answer”: fragment jego koszulki, parkietu, na którym grał, ubrania z logiem 76ers czy opaski.

Szczegóły konkursu na www.wsqn.pl/iverson-konkurs

Przypominamy o rabacie na książkę w przedsprzedaży do wykorzystania na www.labotiga.pl/iverson-pakiety:
- z kodem POLSKIIVERSON rabat 25% (nie obowiązuje na pakiety)
- cena po obniżce: 29,90 zł – oszczędzasz aż 10 zł!
- wysyłka od zaraz – książka jeszcze przed premierą w Twoich rękach!
Od 31 sierpnia książka dostępna w salonach Empik w całej Polsce.

Fragment książki:
Kiedy kolejnego popołudnia wchodził do gabinetu lekarskiego w pobliżu lotniska Hartsfield, był przekonany, że wytrzeźwiał na tyle, że bez problemu przejdzie testy. Poprzedniej nocy wypił wprawdzie w końcu trochę więcej niż ten jeden czy dwa drinki, ale przecież była już czwarta po południu, minęło mnóstwo czasu i alkohol na pewno zdążył wyparować mu z organizmu. Problem w tym, że Iverson zawsze przeceniał swój metabolizm, nawet wcześniej, kiedy jeszcze nie skończył 37 lat. Teraz miał już bardziej opuchniętą twarz, a jego brzuch i ramiona były słabsze niż w czasach, kiedy w 2001 roku był wybierany najbardziej wartościowym zawodnikiem NBA, kiedy poprowadził Philadelphię 76ers do finałów NBA, a jego zaangażowanie i poświęcenie pokazały światu, że sportowca i człowieka nie można oceniać tylko na podstawie tego, jak wygląda.

Wtedy zdarzało mu się jeszcze być na nogach do późnej nocy, kiedy kumple pomagali mu dotrzeć do hotelu w Atlantic City po nocnym maratonie spędzonym na uprawianiu hazardu albo Tawanna prowadziła go po schodach do łóżka, a następnego dnia funkcjonować na tyle dobrze, że pojawiał się na czas w hali, po czym rzucał 40 punktów, wywracał obrońców rywali swoimi crossoverami, po czym wpadał pod kosz, przepychając się przez gąszcz rywali, często prawie dwa razy wyższych od niego. Teraz jednak dobiegał czterdziestki, a czas wcale nie obszedł się z nim łaskawie. Pił jeszcze więcej, a kac nie chciał ustąpić. Alkohol sprawiał, że był poirytowany, bardziej niecierpliwy i obleśny. Zdarzało mu się wysikać na podłogę na oczach dzieciaków, a jeśli z jakiegoś powodu nie spodobał mu się wzrok Tawanny, potrafił wciągnąć swoją szkolną miłość za włosy po schodach albo podeptać ją po nogach swoimi timberlandami, jakby próbował zgasić papierosa. Czasami przypominał jej o swoich znajomościach w mrocznym światku i straszył, informując, że zlecenie jej morderstwa nie kosztowałoby go zbyt wiele. Iverson wyceniał jej życie na około pięć tysięcy dolarów.

Uważała, że Allen jest alkoholikiem i że nie ma takich próśb czy gróźb, które mogą go zmusić do pozostania w domu i trzeźwości. Tawanna rozmawiała z matką Allena, Ann Iverson, i błagała ją, żeby ta spróbowała przemówić synowi do rozsądku. Prześladowała Gary’ego Moore’a, mentora Iversona od czasów dzieciństwa, obecnie jego menedżera, prosząc, żeby ten spróbował pogadać z Allenem, bo jeśli jej mąż miałby w ogóle kogoś wysłuchać, to nikt nie byłby do takiego zadania lepszy niż Gary. Płakała i łagodnie prosiła, a gdy to nie skutkowało, pokazywała kły i wściekle żądała, rozbijając butelkę szampana o ścianę i grożąc, że jeśli nie przestanie pić i niszczyć swojego życia, zabierze ze sobą dzieci i resztę jego pieniędzy. Mówił jej bez przerwy, że jeśli tylko by zechciał, to mógłby w każdej chwili przestać, ale że nikt nie ma prawa mu rozkazywać i że Allena Iversona nie da się do niczego zmusić. Aż w końcu zrobiła to, co zapowiadała; w 2010 roku złożyła pozew o rozwód, po czym powiedziała Iversonowi, że zgodzi się dać mu jeszcze jedną szansę i po raz ostatni się do niego wprowadzi, pod warunkiem, że podpiszą jednostronną umowę majątkową.

W 2012 roku złożyła kolejny pozew rozwodowy, wynajęła sławnego adwokata, specjalistę od rozwodów, i poinformowała go, że boi się powierzać Allenowi dzieci. Tak było w czasach tuż po ich narodzinach, a on był tak pijany, że zapominał o najważniejszych uroczystościach, takich jak narodziny pierwszego syna, i tym bardziej było tak teraz, kiedy jego stan się pogorszył. Jedną z pierwszych decyzji sądu był nakaz poddania się badaniom na uzależnienie, żeby zbadać, na ile poważny jest stan Iversona. Ocena dokonana przez lekarza specjalistę od uzależnień, doktora Michaela Fishmana miała być podstawą dla ustalenia warunków opieki nad dziećmi i spotkań z nimi.

O książce:
Niesamowity sukces i niewiarygodny upadek złotego dziecka koszykówki.
Syn alkoholiczki i recydywisty, który życia uczył się na niebezpiecznych ulicach Wirginii. Nie miał łatwego dzieciństwa, miał za to coś innego – wyjątkowy talent do koszykówki.
Był sportowym fenomenem. Unikał ciężkich treningów i przedmeczowych rozgrzewek, a w szatni zajadał się stekiem z frytkami, popijając je sprite’em. A potem wychodził na parkiet i zdobywał 50 punktów, ośmieszając przy tym samego Michaela Jordana.
Biografia Allena Iversona, jednego z najlepszych koszykarzy NBA przełomu wieków, to opowieść o tym, jak z dna dostać się na sam szczyt. I trafić z powrotem do piekła, przepuszczając po drodze ponad 150 milionów dolarów.

Autor: Kent Babb
Tytuł oryginału: Not a Game: The Incredible Rise and Unthinkable Fall of Allen Iverson
Tłumaczenie: Michał Rutkowski
Data wydania: 31 sierpnia 2016
Cena okładkowa: 39,90 zł
Format: 150 x 215 mm
Liczba stron: 336 tekst i 8 zdjęcia
ISBN: 978-83-7924-677-9

źródło: materiały SQN

Naszym zdaniem

Miłość rolnika - LeBron James w polu kukurydzy

NBA | 25.08.2016 13:22

Fani koszykówki spod znaku NBA bywają bardzo kreatywni w wynajdywaniu oryginalnych sposobów na oddanie honorów swoim ulubionym graczom i zespołom. Niektóre nawet można podziwiać tylko z samolotu.

Zawodowe kluby sportowe w USA gromadzą wokół siebie fanów z przeróżnych społeczności, nie tylko tych funkcjonujących w miastach. Docierają także do terenów wiejskich i, jak się okazuje, ich sukcesy często bywają również inspiracją do nietypowych modernizacji prowadzonych tam gospodarstw.

Sezonowe labirynty wycinane w polach kukurydzy to żadna nowość. Bez trudu można znaleźć je także w Polsce. Prócz walorów stricte wizualnych pełnią również funkcję atrakcji turystycznej. Jedynym ograniczeniem w doborze formy oraz kompozycji przy tworzeniu tych nietypowych dzieł jest wyobraźnia farmera. A ta często kieruje go właśnie w stronę ukochanego klubu.

Świetną okazję do uczczenia lokalnego sukcesu mieli w tym roku mieszkańcy stanu Ohio. Wykorzystać ją postanowiła rodzina Clement zarządzająca kompleksem rolnym Mapleside Farm położonym w miejscowości Brunswick. W ramach uhonorowania pierwszego tytułu mistrzowskiego w historii Cleveland Cavaliers na swoim polu stworzyła trzyczęściowy labirynt przedstawiający napis „Believeland”, podobiznę LeBrona Jamesa z podpisem „Homegrown hero” oraz trofeum Larry’ego O’Briena.

Co ciekawe, to nie jedyny tegoroczny, kukurydziany labirynt z wariacją na temat NBA. Centrum agroturystyczne w Memphis dokładnie w połowie sierpnia oficjalnie otworzy podobny projekt, z tym że przedstawiający sylwetkę rozgrywającego Grizzlies – Mike’a Conleya. W mieście Elvisa Presleya to już tradycja. Rok wcześniej wykorzystali podobiznę Marca Gasola

Video

  • PLK: Top 10 15. tygodnia
  • Top 10 PLK - 6-12.01
  • PLK: Top 10 11. kolejki

Po ME U16: Polska daleko od Europy

Młodzież | 25.08.2016 11:54

Zakończone niedawno w Radomiu Mistrzostwa Europy do lat 16 nie dały nam powodów do radości. Ważniejsze od naszego samopoczucia jest jednak to, czy w PZKosz wyciągną z nieudanego turnieju wnioski.

Przed turniejem ciężko było zgadnąć miejsce, na które stać polską kadrę U16. To zresztą dość częste w przypadku kadetów - grupa jeszcze nieograna w rozgrywkach seniorskich, ciężko określić jej potencjał. Spodziewać się można było po nich wiele - ale nie tego, że przegrają prawie wszystkie mecze, wygrywając tylko ostatni o honor.

Zaczęło się od trzech porażek w grupie - Turcy, Niemcy i Chorwaci boleśnie pokazali różnicę w przygotowaniu i kulturze gry. Wprawdzie z meczu na mecz Polacy grali coraz lepiej, prowadzili wyrównaną walkę z przeciwnikami coraz dłużej - ale ostatecznie nie potrafili przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Stracona przewaga i przegrana końcówka w meczu z Bośnią i Hercegowiną przypieczętowały spadek do dywizji B.

Spadek - powiedzmy sobie szczerze - bardziej symboliczny. Komplet kadr poza dywizją A to oczywiście mało sympatyczna sytuacja, ale mało kto pamięta, że w 2014 roku wszystkie zagrały wśród najlepszych. Ani to oznaczało dobre czasy, ani długo nie potrwało. Problem leży w innym miejscu.

Czy selekcja była dobra, czy sztab trenerski miał dobry plan na turniej, czy prawidłowo reagował na wydarzenia na parkiecie, czy przygotował zawodników mentalnie? Każdy może odpowiedzieć sobie sam. Każdy z nas może rozebrać grę Polski na czynniki pierwsze, a najważniejsze i tak jest to, czy takie pytania zadadzą sobie na Ciołka.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że nieudany sezon kadr młodzieżowych nie zrobił w tamtejszych biurach związku większego wrażenia. Prezes Grzegorz Bachański miał na głowie negocjowanie umów sponsorskich. Cóż, może teraz będzie miał chwilę, żeby pochylić się nad koszykówką młodzieżową, bo Europa odjechała nam na tym polu już znacznie.

Od kilku lat Polacy w Europie nadrabiają braki techniczne oraz taktyczne głównie walką i ambicją. Bardzo to chwalebne, tyle że nie wystarcza. Młodzi polscy koszykarze muszą umieć i wiedzieć więcej - i związek musi im w tym pomóc. Tymczasem dalej czekamy na spójny system, który pozwoliłby wyszkolić 16-latków do poziomu choćby porównywalnego z czołówką europejską. Dobór trenerów kadr też wydaje się być dość przypadkowy.

Szkoda by było, gdyby w PZKosz nikomu taki stan nie przeszkadzał.

Michał Świderski, @miswid, www.polishhoops.pl

Dziś Polska – Gruzja o dobre nastroje przed eliminacjami

Kadra | 25.08.2016 09:52

Po czterech porażkach z rzędu zwycięstwa na koniec przygotowań potrzebują zarówno koszykarze, jak i kibice. Ostatnia szansa na poprawę humorów to mecz z Gruzją, w czwartek o godz. 20.00.

Po nieudanym turnieju w Ulm, gdzie musieliśmy uznać wyższość Rosji, Niemiec i Finlandii, z turniejem w Włocławku wiązano duże nadzieje. Rywale z nieco niższej półki, sprzyjająca publiczność, tydzień pozostający do startu eliminacji. Niestety, nasi koszykarze znów zawiedli – grając dobrze tylko momentami, w końcówce dali się wyprzedzić chaotycznym Belgom.

Gruzja w swoim pierwszym meczu dość nieoczekiwanie przegrała ze Szwecją 60:73. Nieoczekiwanie, ponieważ nasi dzisiejsi rywale na turniej do Włocławka przyjechali w bardzo silnym ustawieniu, z uznanymi na arenie międzynarodowej gwiazdami, jak Zaza Pachulia, Giorgi Tsintsadze, czy Wiktor Sanikidze.

W wieczornym meczu o trzecie miejsce Polacy, aby wygrać z Gruzinami, będą musieli poprawić mnóstwo elementów. W środę najbardziej zabrakło skuteczności w ataku – nie wpadały ani trójki, ani rzuty wolne. Być może najgorszy występ w reprezentacyjnej karierze zaliczył nasz najważniejszy zawodnik w ataku Maciej Lampe (0/11 z gry). Trochę zrehabilitować musi się też trener Mike Taylor, którego koncepcje chwilowo nie prowadzą do zwycięstw.

Gruzini nigdy nie byli dla nas łatwym przeciwnikiem. W pamięci kibiców najmocniej tkwi z pewnością klęska na otwarcie Eurobasketu w Słowenii w 2013 roku. Byliśmy wówczas faworytami, a ulegliśmy 67:84, wyraźnie przegrywając przez cały mecz. Dziś wieczorem czas na rewanż!

Transmisja spotkania w Polsacie Sport od godz. 19.50. To już ostani test w trakcie przygotowań. Pierwszy mecz eliminacji do Eurobasketu zagramy w środę, 31 sierpnia, z Białorusią, również we Włocławku.

fot. A. Romański, pzkosz.pl

Ostatnie wyniki

TBL | NBA | EL | 1LM | 2LM | BLK

Siarka Tarnobrzeg
Trefl Sopot
06.03 92
81
Wilki Morskie Szczecin
Start Lublin
06.03 121
70
Śląsk Wrocław
Anwil Włocławek
06.03 69
86
Energa Czarni Słupsk
Polfarmex Kutno
05.03 87
84
Polpharma Starogard Gd.
Polski Cukier Toruń
05.03 74
73
AZS Koszalin
Rosa Radom
05.03 79
85
Rosa Radom
Asseco Gdynia
29.02 87
80
Polfarmex Kutno
PGE Turów Zgorzelec
28.02 84
69
BM Slam Stal Ostrów Wlkp.
MKS Dąbrowa Górn.
28.02 87
68
Stelmet Zielona Góra
Siarka Tarnobrzeg
27.02 101
78
Detroit Pistons
New Orleans Pelicans
21.02 106
111
Oklahoma City Thunder
Cleveland Cavaliers
21.02 92
115
Denver Nuggets
Boston Celtics
21.02 101
121
Phoenix Suns
San Antonio Spurs
21.02 111
118
Brooklyn Nets
Charlotte Hornets
21.02 96
104
Orlando Magic
Indiana Pacers
21.02 102
105
Toronto Raptors
Memphis Grizzlies
21.02 98
85
Dallas Mavericks
Philadelphia 76ers
21.02 129
103
Chicago Bulls
Los Angeles Lakers
21.02 126
115
Portland Trail Blazers
Utah Jazz
21.02 115
111
Lokomotiw Kubań Krasnodar
Darussafaka Stambuł
12.02 82
58
Panathinaikos Ateny
Efes Stambuł
12.02 83
78
CSKA Moskwa
Olympiakos Pireus
12.02 92
85
FC Barcelona
Żalgiris Kowno
12.02 92
86
Crvena Zvezda Telekom Belgrad
Cedevita Zagrzeb
11.02 94
74
Fenerbahce Stambuł
Unicaja Malaga
11.02 80
59
BK Chimki
Real Madryt
11.02 82
93
Laboral Kutxa Vitoria
Brose Baskets Bamberg
11.02 90
64
Efes Stambuł
Fenerbahce Stambuł
05.02 73
77
Żalgiris Kowno
CSKA Moskwa
05.02 54
94
Znicz Pruszków
Sokół Łańcut
05.03 72
68
GKS Tychy
ACK UTH Rosa Radom
05.03 102
84
AZS Mickiewicz Katowice
Pogoń Prudnik
05.03 82
77
Spójnia Stargard Szcz.
SKK Siedlce
05.03 81
76
Miasto Szkła Krosno
Noteć Inowrocław
05.03 112
82
Biofarm Basket Poznań
Doral Nysa Kłodzko
05.03 44
51
Śląsk II Wrocław
GTK Gliwice
05.03 64
69
Legia Warszawa
Astoria Bydgoszcz
04.03 109
73
Noteć Inowrocław
Śląsk II Wrocław
02.03 62
68
Astoria Bydgoszcz
Biofarm Basket Poznań
02.03 68
76
Trefl II Sopot
Politechnika Gdańska
06.03 94
73
SMS Władysławowo
Kotwica 50 Kołobrzeg
06.03 59
121
BC Obra Kościan
Asseco II Gdynia
06.03 73
96
TKM Włocławek
AZS UMK Consus PBDI Toruń
06.03 65
73
Itago Gdynia
Domino Inowrocław
06.03 63
76
KK Warszawa
Polonia Warszawa
06.03 70
41
Start II Lublin
Księżak Łowicz
06.03 77
76
Rosa III Radom
Stal St. Wola
06.03 60
69
MCS Daniel Gimbaskets 2 Przemyśl
Tur Bielsk Podlaski
06.03 87
71
Pogoń Ruda Śl.
Alba Chorzów
06.03 71
79
Basket Gdynia
Pszczółka AZS Lublin
26.10 71
75
Wisła Can-Pack Kraków
Ślęza Wrocław
26.10 83
64
Artego Bydgoszcz
MKS Konin
25.10 103
62
MKK Siedlce
Energa Toruń
25.10 65
86
KK ROW
Widzew Łódź
25.10 75
53
CCC Polkowice
AZS Gorzów Wlkp.
25.10 69
67
KK ROW
Basket Gdynia
16.10 62
59
Ślęza Wrocław
CCC Polkowice
05.10 54
63
Wisła Can-Pack Kraków
Basket Gdynia
04.10 96
37
Widzew Łódź
MKK Siedlce
04.10 56
75

REKLAMA

James Harden – koledzy nakładają presję

NBA | 25.08.2016 09:00

W nadchodzącym sezonie Houston Rockets spróbują zrehabilitować się za rozczarowujące rozgrywki 2015/16. Aby grać o najwyższe cele, zatrudnili nowego trenera i dokonali kilku wzmocnień, ale to wciąż od Jamesa Hardena będzie w tym zespole zależeć najwięcej.

Lider „Rakiet” od kiedy przeniósł swoje talenty do Houston, regularnie melduje się w Meczu Gwiazd. I tego, że jest jednym z najlepszych strzelców w lidze, odmówić mu oczywiście nie można. Jednak w porównaniu do kampanii 2014/15, w której typowano go na jednego z faworytów po nagrodę MVP sezonu zasadniczego, w kolejnym sezonie zaliczył z drużyną wyraźny regres.

Po tym, jak w 2015 roku – nieco szczęśliwie, ale jednak – dotarł aż do finału Konferencji Zachodniej, tym razem jego przygoda w fazie play-off zakończyła się już na pierwszej rundzie. Tłumaczyć Rockets można oczywiście tym, że znów trafili na Warriors, więc wynik 1-4 to nic innego jak powtórka z rozrywki. Prawda jest jednak taka, że w porównaniu do poprzedniej serii dostali jeszcze większe wciry, a i nie wpadliby na nich tak wcześnie, gdyby w sezonie regularnym nie przegrali aż 15 meczów więcej niż w poprzednich rozgrywkach. Na Zachodzie z bilansem 41-41 zajęli 8. miejsce.

Coraz więcej zarzutów pojawiało się także wobec gry Hardena w obronie. O tym pisano już wielokrotnie i pod różnym kątem, dlatego odpuścimy sobie zagłębianie się w ten temat, ale przytoczymy tylko jedną statystykę, która obrazuje pewną prawidłowość. W sezonie 2014/15 jego efektywność w defensywie (średnia liczba punktów traconych przez zespół na przestrzeni stu posiadań, kiedy dany gracz przebywał na parkiecie) wyniosła 101,9 pkt. Rok później urosła do 106 pkt. Niby niewiele, ale wobec bardzo podobnego wskaźnika w ataku 4,1 pkt. potrafi zrobić różnicę.

Zarówno „Brodacz”, jak i jego koledzy nie tracą jednak wiary we własne możliwości i w kolejnej kampanii chcą znów bić się o najwyższe cele. Wyraz wiary w możliwości swojego lidera dał chociażby Patrick Beverley, który zapytany przez Olivera Maroney’a z portalu Basketball Insiders o to, czego oczekuje od Hardena w zbliżających się rozgrywkach, odpowiedział krótko – MVP i poprowadzenia nas do Finałów. Proste.

Zaufaniem wobec swojej gwiazdy wykazują się również działacze. Chociaż po nich trudno akurat spodziewać się innej postawy po tym, jak latem przedłużyli z nim umowę o 4 lata, za które będą musieli zapłacić mu 118 milionów dolarów.

- Te rzekome różnice w jego grze zauważają ludzie, którzy go nie oglądają – mówił o zawodniku generalny menedżer klubu, Daryl Morey. – Nie bez przyczyny zawodnicy w swojej ankiecie w głosowaniu na MVP (w 2014/15) wskazywali właśnie na niego. Miał wygrywającą drużynę w każdym sezonie swojej kariery i dwukrotnie grał w finałach konferencji.

W minionych rozgrywkach na światło dzienne wypłynęła również sprawa rzekomych niesnasek między Hardenem a Dwightem Howardem. Środkowego już w Houston nie ma. Teraz szansę dostanie młody Clint Capela, którego wspierał będzie doświadczony Nene. Doszli także Ryan Anderson i Eric Gordon. Za grosze zatrzymano w składzie Michaela Beasleya, który wciąż ma zadatki na bycie silną, może nawet drugą, opcją w ataku. Wszystkim sterować ma z kolei uważany za jednego z lepszych trenerów w NBA i ojca ofensywnej filozofii run’n’gun – Mike D’Antoni.

Ambitnie do sprawy podchodzi również sam Harden, który nie dość, że obiecał poprawę w obronie, to na dodatek zorganizował dla kolegów z drużyny dodatkowy mini-obóz treningowy. A trzeba zaznaczyć, że w poprzednich latach ponoć nie był tak skory do poświęcania wolnego czasu na wakacyjne szlifowanie formy. Czuć tu wolę walki. Houston grzeje silniki.

Fot. Wikimedia Commons
 

Gdzie się podziały polskie trójki?

Kadra | 25.08.2016 07:58

Jednym z problemów reprezentacji Polski na finiszu przygotowań, jest bardzo słaba skuteczność rzutów z dystansu. A przecież na początku było z tym bardzo dobrze.

Po środowym, przegranym 55:58 meczu z Belgią, trener Mike Taylor podkreślał, że z obrony był zadowolony, natomiast dużym problemem zespołu był atak. Wskazywał na kiepską skuteczność rzutów wolnych (16/29, 55%) oraz na straty (19 w meczu), mówił o egzekwowaniu zagrywek. Mógłby do tego dodać także skuteczność z dystansu.

Z Belgią Polacy mieli tylko 5/19 za 3 - 2/6 miał Adam Waczyński, 2/3 Łukasz Koszarek, 1/1 Tomasz Gielo, a reszta tylko pudłowała. To kolejny zły pod tym względem meczu Polaków - wcześniej mieli 3/19 z Niemcami, 5/19 z Finlandią oraz 8/26 z Rosją. W sumie, w ostatnich czterech sparingach, ich skuteczność wyniosła marne 25%, 21/83.

A przecież początek przygotowań był pod tym względem dobry - 11/21 i 11/22 z Holandią, 9/21 z Islandią, słabsze 7/30 ze Słowenią, ale potem jeszcze 11/21 z Austrią. W sumie - 42%. Można też zauważyć, że w czterech wygranych meczach mają aż 49% za 3 (42/85), a w przegranych - 24% (28/113).

Skąd takie zmiany? Rywale wiedzą, gdzie mocno czują się Polacy, na dodatek Biało-Czerwonym brakuje płynności w ofensywie, co skutkuje słabszymi pozycjami. Waczyński mówił w środę także o tym, że w każdym kraju turnieje rozgrywane są innymi piłkami i kiedy Polacy spokojnie potrenują we Włocławku, obrzucają się z koszami w Hali Mistrzów i dobrze poczują piłki i obręcze, skuteczność powinna wrócić. On sam w wygranych meczach miał 13/21, a w przegranych - 6/20.

Wciąż bardzo kiepsko trafiają z dystansu A.J. Slaughter (4/26) oraz Mateusz Ponitka (3/23) - dwaj gracze, którzy zaczynają mecze obok Waczyńskiego i w miarę regularnie podejmują próby rzutów z dystansu. W czwartkowym meczu z Gruzją, ostatnim sparingu przed eliminacjami, będą mieli szansę się przełamać - podobnie jak cały zespół.

Fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl
 

Same złe wieści - Polska przegrała z Belgią

Kadra | 24.08.2016 21:34

Dobrze, że to był tylko sparing. Polacy przez większość meczu grali słabo, a w końcówce wypadli bardzo źle i przegrali z równie kiepsko wyglądającą Belgią 55:58. W czwartek zagrają z Gruzją, która uległa Szwecji.

To nie byłby udany mecz Polaków nawet w przypadku wygranej, na którą się zanosiło po 30 minutach - seria trzech porażek zostałaby przerwana, ale też rywal, Belgia, był słabszy niż Rosja, Finlandia czy Niemcy. Koszykarze Mike’a Taylora powinno ją ograć wyraźnie, a jednak przegrali. Wciąż są w słabej formie. Czy zdążą na eliminacje, które startują 31 sierpnia?

Polacy zaczęli od niezłej obrony, ale niedokładnego ataku. Nieskuteczny był Adam Waczyński, który rzucał z trudnych pozycji i wyraźnie pudłował. Spod samego kosza mylili się też Maciej Lampe i Adam Hrycaniuk. Punkty „z niczego” rzucał tylko Mateusz Ponitka i po kilku akcjach, w których Belgowie trafili do kosza, było 4:10.

Wynik się poprawił, gdy Polacy, także już rezerwowi, zaczęli bardziej zdecydowanie grać do kosza. Ciągle brakowało precyzji w rzutach, ale z drugiej strony aktywna obrona Polaków zatrzymała też Belgów. W końcu prowadzenie dał trójką Tomasz Gielo, a trzy rzuty wolne aktywnego Michała Sokołowskiego doprowadziły do wyniku 16:10. Inni rezerwowi, Łukasz Koszarek i Aleksander Czyż, też grali bardzo dobrze, dzięki czemu na początku drugiej kwarty było 20:13 po kontrze „Sokoła”:

I choć nie wszyscy grali dobrze (0/8 Lampego, zupełnie niewidoczny Waczyński), to Polacy powiększali przewagę. Mozolnie, ale powiększali. Po trójce A.J. Slaughtera było 30:20 w 20. minucie. Obie drużyny grały bardzo nieskutecznie, Biało-Czerwoni słabo rzucali z wolnych (tylko 10/18 do przerwy), ale przynajmniej potrafili wykorzystać aż 14 strat Belgów - zdobyli po nich 9 punktów.

Trzecią kwartę od skuteczniejszej gry zaczęli Ponitka i Waczyński, Polacy powiększyli prowadzenie do 37:25, ale jednak nie uciekli Belgom, którzy mieli słabą skuteczność (37%) i coraz więcej strat (25 w meczu). Rywale znaleźli w końcu swoje miejsce na boisku - zaczęli trafiać spod kosza, wykorzystując przewagę wzrostu. Polacy, co jest ich problemem od początku przygotowań, nie zawsze potrafili takie akcje zatrzymać. Po trzech kwartach ciągle było 10 punktów przewagi - 47:37.

Tylko że w czwartej kwarcie Belgowie zmniejszyli straty do ledwie 4 punktów. W 26. minucie po stracie Koszarka prowadziliśmy tylko 52:48, a rywal miał piłkę. I popełnił stratę - taki to był mecz. Dwie minuty przed końcem trójka Belgów doprowadziła do wyniku 52:51 dla Polski, potem wyrównała, a po kolejnej stracie - wyszła na prowadzenie 56:55. Po przerwie na żądanie Biało-Czerwoni rozegrali dobrą akcję, ale Waczyński spudłował za trzy z niezłej pozycji. I już Belgów nie dogoniliśmy.

Taylor skorzystał w środowym meczu z 10 graczy - nie zagrali Robert Skibniewski, Szymon Szewczyk i Karol Gruszecki. Ten ostatni nie znajdzie się w kadrze na eliminacje.
 

Paranoja w Wizards – Wall i Beal nie lubią się na boisku

NBA | 24.08.2016 18:39

Kiedy masz w swoim zespole dwóch zawodników wybranych w TOP 3 draftu, ostatnią rzeczą, jakiej chciałbyś doświadczyć, jest konflikt między nimi. A w przypadku Washington Wizards taka właśnie sytuacja ma obecnie miejsce.

John Wall i Bradley Beal mają za sobą cztery wspólne sezony. Po pierwszym, rozczarowującym roku dwukrotnie meldowali się w półfinałach konferencji, aby w ostatniej kampanii z bilansem 41-41 zająć na Wschodzie dopiero 10. miejsce i znów minąć się z fazą play-off. Wynik poniżej oczekiwań i według wielu ekspertów, fanów, a także oczywiście samych zawodników zdecydowanie poniżej możliwości zespołu.

Okazuje się, że głównym powodem marnowanego potencjału może być brak odpowiedniej chemii pomiędzy dwoma najlepiej opłacanymi koszykarzami, którzy mają wspólnie prowadzić drużynę do sukcesów. Wall wspomniał o tym w poniedziałkowym wywiadzie z Chrisem Millerem z CSN.

- Myślę, że wielokrotnie miewaliśmy tendencję do nie lubienia się wzajemnie na parkiecie. Musimy nauczyć się odkładać to na bok. Jeśli pominiesz kogoś w jednej akcji, albo nie zrobisz czegoś właściwie… wszystko gra, dopóki podchodzimy do siebie i rozmawiamy. Kłótnie to normalna rzecz, taka jest koszykówka – mówił 25-letni rozgrywający.

Przy okazji nawiązał również do nowego, maksymalnego kontraktu, który Wizards podpisali z Bealem – Teraz, kiedy dostałeś swoje pieniądze, musisz wyjść na boisko i potwierdzić, że jesteś ich godzien. Chcę, abyś był All-Starem, tak samo jak ja nim jestem. Musimy grać dobrze jako tandem, jak inne gwiazdorskie duety na naszych pozycjach. Wtedy jedna noc będzie należeć do niego, a inna należeć będzie do mnie, jeszcze inne do nas obu. To będą te noce, w które pokonać nas będzie naprawdę trudno.

Latem Beal podpisał z Wizards 5-letni, maksymalny kontrakt, na którego mocy zarobi 128 milionów dolarów. Oznacza to, że przez trzy kolejne sezony, pozostałe Wallowi do wypełnienia jego umowy, będzie zarabiał ponad 5 milionów więcej niż jego partner. Są więc skazani na siebie jeszcze przynajmniej na trzy lata i jeśli znów nie chcą kończyć sezonu w kwietniu, musza się jakoś dogadać.

A problem wydaje się całkiem poważny. Jak donosi J. Michael, reporter CSN Mid-Atlantic, w minionych latach niejednokrotnie dochodziło pomiędzy obrońcami do nieprzyjemnych spięć. Nieraz, po dotkliwszych porażkach w szatni trzeba ich było nawet rozdzielać, a głównych rozjemców, weteranów Alana Andersona i Garretta Temple’a już w drużynie nie ma. W ogóle w Waszyngtonie może w podobnych momentach zabraknąć starszych graczy, wszak z klub poodchodzili przecież m.in. Nene, Jared Dudley czy przed rokiem Paul Pierce.

We wstępie swojego artykułu Michael przywołuje również sytuację z Ligi Letniej w Las Vegas, kiedy obaj zawodnicy siadali na trybunach oddzielnie, mimo że między nimi pozostawało sporo wolnych miejsc. Ok, nie lubią się i wcale nie muszą. Najważniejsze, żeby dogadywali się na boisku, ale ponoć to właśnie nieumiejętność znalezienia nici porozumienia we wspólnej grze stanowi u nich największy problem.

- To trudne, bo obaj jesteśmy samcami alfa – skomentował całą sprawę Beal. – To nigdy nie jest łatwa sytuacja, kiedy masz dwóch gości tak mocno wierzących w siebie, zdolnych postawić na siebie przeciwko komukolwiek innemu. […] Czasami wydaje mi się, że po prostu tracimy sens tego wszystkiego. Zapominamy, że obaj potrzebujemy siebie nawzajem. Nie byłbym w miejscu, w którym jestem, gdyby nie John. I on nie byłby w tym miejscu, gdyby nie ja i reszta zespołu. To kwestia dumy. Musimy nauczyć się chować ją do kieszeni, określić swoje indywidualne cele, pomóc sobie nawzajem w ich osiągnięciu i pogodzeniu ich z celami drużyny.

Od nowego sezonu stery w Waszyngtonie przejmie nowy trener – Scott Brooks. Teoretycznie człowiek, który jak mało kto powinien wiedzieć, jak załatwić podobny problem. W końcu siedem lat prowadził zespół z Kevinem Durantem i Russellem Westbrookiem. Podstawowa różnica między tamtą sytuacją a tą panującą w Wizards jest jednak taka, że gwiazdorzy Thunder lubili się w życiu prywatnym i wspólnie spędzali czas także poza boiskiem. Tak czy inaczej, niezależnie od tego, jaki wkład w ewentualne zażegnanie konfliktu będzie miał Brooks, trudno oprzeć się wrażeniu, że wyciąganie tego typu spraw na światło dzienne może je zdecydowanie utrudnić i nałożyć na obu zawodników dodatkową presję.

fot. wikimedia commons

 

MKS Dąbrowa - mieszanka wybuchowa?

PLK | 24.08.2016 16:03

Kerron Johnson i Alex Hamilton mogą stworzyć przebojowy duet na obwodzie, a pod koszem trener Drażen Anzulović będzie miał trzech wielkich ludzi. Dąbrowa ma drużynę na play-off.

Po zajęciu 10. miejsca w poprzednim sezonie, w Dąbrowie dokonano wielu zmian - z poprzednich rozgrywek została piątka graczy: Piotr Pamuła, Sam Dower, Przemysław Szymański, Marcin Piechowicz, Patryk Wieczorek i oczywiście trener Drażen Anzulović. Chorwat nie miał dobrego startu, objął zespół w trakcie sezonu, którego końcówkę zepsuły kontuzje. Teraz w Dąbrowie liczą na kolejny postęp, a patrząc na skład - walka o play-off może być udana.

Jako ostatni do składu zespołu z Zagłębia dołączył Kendall Gray - 24-letni środkowy o wzroście 208 cm, który po ukończeniu uczelni Delawere (11,7 punktu oraz 11,8 zbiórki na czwartym roku), miał nieudany debiutancki sezon w Europie, w niemieckim Medi Bayreuth. Zdobywał po 4,3 punkt i 2,3 zbiórki, zanim rozgrywki przerwała mu kontuzja. W drugiej połowie sezonu Gray był w Iowa Energy w D-League, ale nie zagrał ani jednego spotkania.

Siła zespołu wydaje się tkwić jednak na obwodzie, amerykański duet wygląda obiecująco. Kerron Johnson to klasyczny rozgrywający, na dodatek leworęczny, przez co niewygodny do krycia dla rywali. 26-letni Amerykanin grał ostatnio w Bundeslidze, w Ludwigsburgu, gdzie zdobywał średnio po 11 punktów i 5 asyst. W Dąbrowie wiele podań będzie mógł kierować do Aleksa Hamiltona.

Ten niespełna 23-letni gracz ma 193 cm wzrostu i wielki ciąg na kosz. W ostatnim sezonie na uczelni Louisiana Tech. rzucał po 19.8 punktu, miał też po 6.2 asysty, 5.7 zbiórki oraz 2.0 przechwytu na mecz. W lecie prezentował się na treningach kilku klubów NBA, zagrał cztery spotkania w Lidze Letniej w Los Angeles Clippers.

To CV, które pozwalają widzieć w nim gwiazdę zespołu, a może nawet jednego z najlepszych graczy ligi. Anzulović może wystawiać go także w roli rozgrywającego, który wejściami pod kosz robi miejsce dla strzelców na obwodzie - głównie: Piotra Pamuły, znanego z pewnego rzutu z dystansu.

Na skrzydłach Dąbrowa postawiła na doświadczonych Polaków - Bartłomieja Wołoszyna i Witalija Kowalenkę (obaj mieli solidne sezony w Polfarmeksie i w Śląsku) ale też obiecującego Macieja Kucharka, który ostatni sezon opuścił ze względu na kontuzję. Dwaj inni wysocy skrzydłowi - Sam Dower i Przemysław Szymański - to już raczej waga ciężka i gra bliżej kosza. Tam, gdzie Dąbrowa też może się okazać dość silna.

212 cm wzrostu Jakuba Parzeńskiego, 208 cm Graya oraz 206 cm Dowera - Anzulović będzie miał pod obręczą trzech wielkich ludzi, choć dopiero okaże się w jakim stopniu ciężar gry udźwignie po zmianie klubu Parzeński oraz jak zdrowotnie będą wytrzymywać sezon Gray i Dower. Ale tak czy inaczej - po zajęciu 11. miejsca w 2015 roku oraz 10. pozycji w ostatnim sezonie, postęp o jedno miejsce może być w Dąbrowie niezadowalający. To drużyna, która powinna się bić o play-off.

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Reprezentacja Kanady – z Wigginsem będą potęgą?

Świat | 24.08.2016 15:36

Od kilku lat Kanadyjczyków wskazuje się na głównych kandydatów do powalczenia z reprezentacją USA. Do Rio de Janeiro ostatecznie nawet się nie zakwalifikowali, ale aktualnie ich szanse na zwycięstwo i tak byłyby niewielkie. W Tokio sytuacja może już wyglądać inaczej.

Na dużym turnieju poza Ameryką reprezentacja Kraju Klonowego Liścia ostatni raz widziana była na mistrzostwach świata w Turcji w 2010 roku. Trafiła tam do grupy z Litwą, Hiszpanią, Francją, Nową Zelandią oraz Libanem i nie zdołała wygrać ani jednego spotkania. Trzeba jednak pamiętać, że taki Kelly Olynyk miał wtedy dopiero 19 lat, a najlepszym graczem drużyny i jedynym rywalizującym wówczas w NBA był Joel Anthony, który zdobywał na turnieju średnio 10,4 pkt.

Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Obecnie w NBA zatrudnionych jest 11 zawodników z Kanady. Do tego dochodzą chociażby Robert Sacre, Anthony Bennett czy grający w lidze niemieckiej Philip Scrubb. Potencjał jest ogromny i jego przedsmaku mieliśmy zaznać właśnie na zakończonych właśnie igrzyskach olimpijskich. Pechowo dla Kanadyjczyków nie zdołali oni jednak wywalczyć bezpośredniej kwalifikacji na turnieju FIBA Americas, gdzie w półfinale okazali się o jeden punkt gorsi od Wenezueli. Ostatecznie zajęli na zawodach trzecie miejsce.

Mieli jeszcze jedną szansę na dodatkowym turnieju kwalifikacyjnym w Manili. I byli naprawdę blisko. Mimo absencji Andrew Wigginsa, Kelly’ego Olynyka, Nika Stauskasa czy Andrew Nicholsona dotarli do finału, gdzie przez niemal całe spotkanie toczyli wyrównaną walkę z grającą w silniejszym składzie reprezentacją Francji. Sprawę załatwił duet Tony Parker – Nando De Colo, który zaaplikował Kanadyjczykom łącznie 48 punktów i poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa 83:74.

Tak czy inaczej, nawet jeśli ekipa trenera Jay’a Triano pojechałaby do Brazylii, raczej wątpliwe, aby zdołała ograć swoich południowych sąsiadów. Nie dlatego, że kadra USA była w tym roku jakoś wyjątkowo mocna – bo nie była – ale przede wszystkim dlatego, że to pretendentom najprawdopodobniej zabrakłoby doświadczenia.

A tak, za cztery lata, kiedy o olimpijskie złoto przyjdzie powalczyć w Tokio, Kelly Olynyk, Tristan Thompson, Cory Joseph, Andrew Nicholson i Dwight Powell będą mieli po 29 lat – optymalny wiek dla koszykarza. Andrew Wiggins będzie miał 25. Po czterech sezonach w NBA potencjalnie będzie wtedy Jamal Murray, który przy okazji Nike Hoop Summit czy turnieju Pan Americas poznał już smak zwycięstwa w konfrontacji z zespołami reprezentującymi USA. 

Doświadczenia nabiorą także m.in. Nik Stauskas i Tyler Ennis. Już w turnieju w Manili delikatnie przypomniał o sobie Anthony Bennett, za którym wydaje się przepadać selekcjoner. A w zanadrzu Kanadyjczycy mają jeszcze przynajmniej jednego asa. To R.J. Barrett, urodzony 14 czerwca 2000 roku obrońca, którego ESPN umieściło na szczycie rankingu największych talentów szkół średnich klasy 2019.

W jego przypadku ambicje związane z grą w reprezentacji nie powinny być problemem, wszak jego ojciec, Rowan senior, który zawodową karierę spędził w Europie, brał udział w igrzyskach w Sydney, a obecnie pełni funkcję asystenta generalnego menedżera kadry – Steve’a Nasha. W 2020 roku Rowan junior będzie miał 20 lat.

Od 2011 roku w pierwszych rundach draftu wybranych zostało dziesięciu reprezentantów Kanady. Siedmiu z nich wyselekcjonowano w obrębie loterii (TOP15). Cztery lata to w sporcie szmat czasu, a po drodze jest jeszcze Puchar Świata, który odbędzie się w 2019 roku (celowo przesunięty o rok, aby nie kolidował z mistrzostwami w piłkę nożną) w Chinach. Niemniej Kanada ma ogromną szansę, aby na igrzyska w Tokio wreszcie przygotować potęgę na miarę potencjału i realnie, a nie tylko przez pewną część meczu, zagrozić renomowanym sąsiadom.

fot. wikimedia commons

Michał Michalak – sezon próby w Zgorzelcu

PLK | 24.08.2016 11:57

Turów potwierdził pogłoski krążące po środowisku od kilku tygodni– nowym rzucającym drużyny został Michał Michalak, z którym podpisano roczną umowę.

Michał Michalak (197 cm) ma dopiero 23 lata, ale jest już doświadczonym ligowcem - gra w PGE Turowie Zgorzelec będzie dla niego szóstym sezonem w ekstraklasie. Od rozgrywek 2011/12 reprezentował barwy ŁKS, Politechniki Warszawskiej, Trefla Sopot (trzy sezony) i ostatnio Polskiego Cukru Toruń. Wszędzie miewał pojedyncze, świetne mecze, ale wszędzie też brakowało regularności i stabilności.

Sezonów było już kilka, ale raczej nie było jeszcze przełomu na miarę oczekiwań. Wśród nadziei rocznika 1993, Michalaka wymieniano kiedyś w jednej linijce z Mateuszem Ponitką i Przemysławem Karnowskim. Dziś nie tylko ci gracze są ze swoimi karierami na zupełnie innym poziomie, ale także inni rówieśnicy (np. Tomasz Gielo i Filip Matczak) cenieni są wyżej. Dla Michalaka będzie to więc dobra okazja, aby udowodnić, że jednak potrafi sprostać oczekiwaniom, które wiązano z jego nazwiskiem.

W ubiegłym sezonie w Toruniu Michalak grał średnio ponad 25 minut na mecz, notując 10.1 pkt i 3.6 zbiórki. Jego skuteczność nie była oszałamiająca – 42.2% z gry, 36.9% rzutów za 3 punkty. Różnie też oceniano jego podejście do poukładanej, zespołowej gry w ataku. Na więcej liczą zapewne nie tylko w Zgorzelcu, ale także w sztabie reprezentacji - pod kątem następnych lat. Sezon w Turowie będzie być może ostatnią szansą, aby na dobre zamknąć usta krytykom.

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl

Portland Trail Blazers 2016/17 –360 milionów w jedno lato!

NBA | 24.08.2016 10:30

Rok temu wydawało się, że będą na skraju przepaści, ale Blazers nie tylko spadli na cztery łapy, a wręcz stali się jedną z większych niespodzianek minionego sezonu. Działacze klubu musieli być pod wrażeniem, skoro na utrzymanie trzonu drużyny i delikatne wzmocnienia wydali w te wakacje ponad 360 milionów dolarów.

Najważniejsza zmiana:
Zmian mieliśmy w Portland jak na lekarstwo, ale te kosmetyczne zabiegi mogą okazać się bardzo wartościowe. W składzie nie ma już chociażby Geralda Hendersona, który wybrał opiewającą na 18 milionów ofertę Philadelphia 76ers, i pozostającego na rynku wolnych agentów Chrisa Kamana. W ich miejsce sprowadzono jednak kilku zawodników, którzy powinni okazać się nadwyżką.

Trudno bowiem nie docenić wymiany 34-letniego Niemca na już lepszego, a wciąż przecież mogącego rozwinąć swoje możliwości Festusa Ezeliego. Zwłaszcza że w porównaniu do innych umów parafowanych tego lata 15 milionów za dwa lata gry w jego przypadku wygląda jak niezła promocja. Oby tylko jego kolana wytrzymały – a jak wiemy z ostatnich godzin – pierwszy „prewencyjny” zabieg odbędzie się w najbliższych dniach. Oprócz niego sprowadzono także Evana Turnera, cenionego obwodowego obrońcę, co akurat Blazers bardzo się przyda.

W bonusie przejęli także nieduży, debiutancki kontrakt Shabazza Napiera. Ten 25-letni dwukrotny mistrz NCAA póki co nie spełnił pokładanych w nim (m.in. przez LeBrona Jamesa) nadziei i przez dwa lata ze względu na kontuzję stracił 58 spotkań. Niemniej cena za próbę uruchomienia rozgrywającego jest niemal żadna (sezon 2017/18 to już opcja klubu), a może on jeszcze okazać się ciekawym zmiennikiem.

Ich będziemy oglądać:
Duet Damian Lillard – C.J. McCollum
– tu niespodzianki nie ma. To wciąż najbardziej ekscytująca rzecz, jaką mogą oglądać kibice ekipy z Portland. Były wprawdzie wątpliwości, czy to aby na pewno dobrze dopasowany duet, ale przynajmniej częściowo rozwiała je konfrontacja z Warriors w drugiej rundzie play-off. A Lillard powinien być w tym roku dodatkowo podrażniony faktem, że przed rokiem został pominięty przy selekcji do Meczu Gwiazd.

Allen Crabbe i Evan Turner – Blazers przez kolejne cztery lata muszą zapłacić im w sumie 145 milionów dolarów. Tyle wydali na koszykarzy, którzy w poprzednich rozgrywkach spędzali na parkiecie odpowiednio 26 oraz 28 minut i notowali w tym czasie średnio nieco ponad 10 punktów. W dodatku w sumie tylko 20 razy na 162 rozegrane spotkania wyszli na parkiet w pierwszej piątce (pierwszy 8 razy, drugi 12). Obaj dostali spory kredyt zaufania i to, czy zdołają go teraz spłacić, wydaje się nie tylko ciekawe, ale również kluczowe w kwestii odpowiedzi na pytanie, czy Blazers mogą być lepsi niż rok temu.

Nie uwierzycie, ale…
W kampanii 2015/16 Blazars mieli problem z dobiciem do minimalnego progu płac (tzw. salary floor wynoszące 90% salary cap). W sezonie 2016/17 natomiast górną linię przekroczą aż o 18 milionów dolarów. Mało tego, za rok w budżecie mają już zagospodarowane prawie 124 miliony i to tylko w 9 gwarantowanych umowach. Kogo jak kogo, ale Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu oraz właściciela Blazers i drużyny futbolu amerykańskiego Seattle Seahawks, oczywiście stać. Niemniej wydał tego lata około 361 mln USD (wliczając trzyletni kontrakt Terry’ego Stottsa), głównie na przedłużenie kontraktów z perspektywicznymi graczami.

Jedno na pewno się nie zmieniło. Ekipa z Portland to wciąż jeden z najmłodszych zespołów w lidze. Średnia wieku w zbliżającym się sezonie wyniesie tam zaledwie 24.8, co stawia Blazers na trzecim miejscu, zaraz za Bucks i Sixers (według danych serwisu RealGM). Najstarszym ich zawodnikiem jest 27-letni Turner, jeden z zaledwie trzech graczy w składzie urodzonych w latach 80. Prócz Lillarda i ewentualnie McColluma trudno na razie doszukiwać się tu kandydatów do Meczu Gwiazd, ale jest młoda drużyna z dobrym trenerem, a jak pokazały ostatnie rozgrywki, czasem taka mieszanka wystarcza, aby walczyć o naprawdę wysokie cele. 

Odeszli: Gerald Henderson, Chris Kaman, Brian Roberts
Przyszli: Evan Turner (4 lata, 70 mln USD), Festus Ezeli (2 lata, 15 mln USD), Shabazz Napier (wymiana z Magic)
Typ PolskiKosz.pl: 4. miejsce w Konferencji Zachodniej

fot. wikimedia commons

Turniej we Włocławku - co chcemy zobaczyć?

Kadra | 24.08.2016 00:27

W środę mecz z Belgią, w czwartek z Gruzją lub Szwecją. Wyniki są ważne, ale ważna jest też gra. Co chcemy zobaczyć w polskim zespole?

Zakończenie eksperymentów
Nawet, jeśli w ośmiu dotychczasowych sparingach (bilans 4-4), trener Mike Taylor nie znalazł odpowiedzi na wszystkie pytania - najbardziej nurtujące: kto ma grać jako podkoszowy obok Macieja Lampego? - to najwyższy czas się na coś zdecydować. Idealnego rozwiązania nie ma, ale można wybrać to, które jest mu najbliższe i w większym wymiarze czasowym przećwiczyć to, co wychodzi nam najlepiej. Grę pod kosz do Macieja Lampego, dwójkowe akcje Mateusza Ponitki, wypracowywanie pozycji dla Adama Waczyńskiego - to nasze atuty, je trzeba wykorzystać.

Pewną piątkę, zawężoną rotację
W eliminacjach na pewno nie da się grać tak szerokim składem, jak w sparingach, nie będzie też odpoczywania - od 31 sierpnia trzeba po prostu wygrywać mecze. We Włocławku można już zespół do takiego myślenia przyzwyczajać - liczbę tych, którzy grają, ograniczyć do ośmiu, dziewięciu, jasno określić role - ten gra 25 minut, tamten 15. Choć oczywiście trzeba brać pod uwagę, że w Hali Mistrzów czekają Polaków dwa mecze w dwa dni, w eliminacjach tego nie będzie. Ale w jednym meczu Biało-Czerwoni powinni zagrać jeśli nie na 100, to na 90 proc. możliwości. Tylko w którym?

Pomysł na dziury i zbiórki w obronie
To chyba największy problem kadry w sparingach. Po rozpadzie formacji podkoszowej z EuroBasketu (nie ma Marcina Gortata, Damiana Kuliga, Przemysława Karnowskiego i Aarona Cela), nowa nie gra na satysfakcjonującym poziomie. Wysocy przeciwnicy regularnie ogrywają naszych, niżsi wbiegają z obwodu i zdobywają punkty, a dla odmiany nasi obwodowi nie zastawiają, przez co sporo zbiórek to piłki odbite na 4-5 metr i łapane przez rywali. Ale to wiemy od kilkunastu dni, więc czekamy na boiskową odpowiedź - jak można to naprawić?

Zaangażowanie i obronę jak w meczu o punkty
Powrót do obrony - z tym, szczególnie z lepszymi drużynami, w dotychczasowych sparingach też był spory kłopot. Tymczasem nie ma w tym elemencie gry większej filozofii - po prostu trzeba pobiec szybko, szybciej od przeciwnika i sensownie rozstawić się pod bronionym koszem. W meczu o punkty nie można sobie pozwalać, na prezentowanie rywalom łatwych punktów. W ostatnich sparingach dobrze sobie o tym przypomnieć.

Fot. Andrzej Romański/PZKosz
 

Najciekawsze tweety